Czasem trzeba zdecydować czy woli się prawdę czy przekonanie o czymś. Czasem prawda burzy wszelkie przekonania i stawia oko w oko z bólem, przed którym uciekamy od tak dawna, że już nawet ucieczka przestała sprawiać wrażenie ucieczki - dla naszej świadomości. Taki sposób na życie. Taka postawa. Charakter? Różne określenia można temu przypisać. Ale sedno jest takie, że uciekamy, bo coś powoduje ból. Nie chcemy bólu, boimy się go, ma on swoje przyczyny w przeszłości. Więc biegniemy w jakimś kierunku jak najbardziej oddalonym od wszelkich z nim skojarzeń. Nie chcemy wiedzieć o co chodzi, nie chcemy myśleć o tym, bo to nieuchronnie stawia przed nami niechciane fragmenty życia. Nie chcemy się zatrzymać, ani zawrócić, ani nawet obejrzeć za siebie, bo to ryzyko. Strach jest ogromny. Choć z zewnątrz możemy być nieustraszeni. Wszystko co nowe, inne, niesie ze sobą nadzieję na trwałe wyzwolenie, na ukojenie tego, co pozostało gdzieś na dnie i nie pozwala duszy się uspokoić. Ale wszystko po chwili przestaje być nowe i staje się elementem przeszłości. A my dalej biegniemy za czymś odległym.
Wybieramy przekonanie, że to jest nasz CEL.
To czyli co? Nieznane? Odległe? Nowe? Niosące nadzieję?
Nie wybieramy prawdy. Bo prawda pozostała w przeszłości i jest bólem. Poczuciem braku czegoś. Braku, który przez całe życie staramy się wypełnić tym czy tamtym. Ciągle nowym. Byle nie cofać się, byle nie oglądać sie za siebie.
Jednak może lepiej obejrzeć się za siebie i poczuć.
Strach, ból, niedostatek, potrzebę.
Oswoić to co przeraża, by przestało przerażać. Przyjrzeć sie temu i poznać prawdę o sobie.
Poznać źródło naszych działań. Poznać dominującą potrzebę, której chęć zaspokojenia nami kieruje.
Czego potrzebujemy? Wiedza o tym jest w przeszłości. To ten ból, którego tak się boimy może nam powiedzieć, czego w życiu tak naprawdę szukamy. Więc może warto go poczuć. Mimo strachu. Zatrzymać się. Przestać biec. Obejrzeć się za siebie i poznać cel wędrówki, by więcej nie błądzić. Cel stanie się jasny, a ucieczka nie będzie już potrzebna. Odtąd kroki prowadzić będą do celu, a cel w miarę zbliżania do niego nie będzie się rozmywał. Gdy potrzeba zostanie zaspokojona, brak wypełniony, dusza zazna spokoju. Wtedy znikna oczekiwania, niejasne i złudne nadzieje, by ktoś lub coś zapełnił dziurę, jaka powstała w przeszłości. Wtedy możliwe będzie prawdziwe dzielenie się Światłem. Tworzenie dla tworzenia, dzielenie się dla dzielenia i kochanie dla kochania. Póki istnieje potrzeba, póki istnieje brak, póki to one motywują do podążania naprzód wszystko to tylko różne formy ucieczki przed bólem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mimo strachu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mimo strachu. Pokaż wszystkie posty
sobota, 30 marca 2013
środa, 6 marca 2013
Tyle rzeczy czasem pojawia się w głowie, że trudno nadążyć, jeszcze trudniej zapamiętać i uporządkować. Dzisiaj miałam dzień pełen przemyśleń, ale i próbowania nie myśleć, pokonywania lęku i własnych ograniczeń, walki ze strachem. Udało mi się. Nie dałam się opanować. Poprosiłam o wsparcie z góry i od razu w głowie mojej pojawiła się odpowiedź: Nie myśleć, tylko czuć. Wyłączyć myślenie, włączyć czucie. Intuicyjnie od razu odnalazłam guziczek na głowie służący do wyłączania myślenia oraz ten znajdujący się w okolicy serca odblokowujący emocje. W sercu nadal czułam strach. Więc dotknęłam go ręką wpuszczając bezpośrednio światło słoneczne, które od razu je rozgrzało i przegnało wszelkie mary. Otworzyłam oczy i czułam się nieporównywalnie inaczej niż chwilę wcześniej. Odważna, pewna swojej słuszności, przepełniona ciepłem i pozytywnymi emocjami. Myślenie ustało. Wszelkie: " a jeśli", "co by było, gdyby", "przecież" itd. W spokoju zajęłam się wykonywaną wówczas czynnością czyli gotowaniem zupy.
Okazało się, że da się opanować nawet największy lęk! Nawet taki, który paraliżuje i powoduje całkowite odrętwienie i niezdolność do logicznego myślenia!
Potem idąc tym tropem przypomniałam sobie o swojej mocy. Przypomniałam sobie pewien sen, w którym zostało mi coś przekazane. Przypomniałam sobie, że z tego korzystam i że to działa! I zrozumiałam, że to jest niesamowite, że to, co teraz dla mnie jest oczywiste, kiedyś nie było i że świadomość tą zyskałam w czasie snu. Potem przypomniałam sobie o innych metodach, o których wiem z książek i które również stosuję i również działają. I uświadomiłam sobie, że w gruncie rzeczy są tym samym, co metoda przekazana mi w trakcie snu. Różnią się jedynie szczegółami, ale sedno jest to samo. I to tak dobitnie dowodzi sensu tego wszystkiego!
Przypomniałam sobie przede wszystkim, że gdy pytam, otrzymuję odpowiedzi. Że to wszystko nie jest złudzeniem, a najprawdziwszą prawdą i nie wiem dlaczego miałabym jeszcze w cokolwiek wątpić! Że to że być może większość ludzi myśli w inny sposób, neguje to, co dla mnie jest oczywiste i żyje w innym świecie niż ja, wcale nie oznacza, że ja się mylę, a jedynie, że być może nie każdemu dane jest poznać to samo.
Przypomniałam sobie też, że należy robić to czego się boimy i że w ten sposób następuje rozwój. Przypomniałam sobie, że ja mimo obfitych dawek niecodziennej wiedzy jaka zjawia się w moim życiu pod różnymi postaciami, przez większość czasu byłam na odwrocie, starałam się uciekać zamiast iść naprzód, unikać zamiast stawać oko w oko z tym i owym i to dlatego właśnie mimo jasnych wskazówek jak żyć, nadal z nich nie skorzystałam w pełni i tkwię w dziwnym półśnie mimo, że wiem, co powinnam zrobić i dokąd iść. Zrozumiałam, że to właśnie strach jest tym, co mnie blokuje. I zrozumiałam, że skoro da się ten strach pokonać, to wystarczy to zrobić.
Zadałam sobie pytanie: dlaczego ja tego nie robię? Tego jeszcze akurat nie udało mi się zrozumieć. I myślę, że zrozumienie tego jest kluczowe. Bo jest to sprawa, którą widocznie muszę pojąć, nie mogę tego ominąć i pójść naprzód. Bo coś ważnego by mi wówczas umknęło. Lekcja nie została zakończona. Nie nauczyłam się wszystkiego. Nie zdałam jeszcze egzaminu. I dlatego ten strach mnie blokuje. Bo nie mogę pójść dalej nie uporawszy się z tą sferą życia. Nic nie dzieje się bez przyczyny ani bez celu. A więc i to dzieje się po coś. To, że mam z czymś problem coś oznacza. I skoro mam z tym problem to jest to ważne dla mojego życia i dla innych spraw, które mnie dotyczą. Uciekając przed ważną lekcją, nie da się bezbłędnie pokonać kolejnych szczebli. Coś będzie ściągać w dół. Nie o to chodzi, by coś zrobić szybko, by pozbyć się za wszelką cenę ciężaru, by ulżyć sobie i stać się lekkim tak szybko jak się da, ale o to by wyciągnąć naukę z doświadczeń, by utrwaliły się one na pożytek późniejszych wyzwań, by coś z sobą wniosły, a ustępując pozostawiły po sobie świadomość. Inaczej mógłby człowiek w nieskończoność popełniać te same błędy. Oczywiście to nie są błędy, a lekcje do odrobienia. Póki nie zostaną odrobione do końca, będą wracać pod różnymi postaciami.
Tak więc przypomniałam sobie, że nie jest ze mną tak źle, choć ostatnio czułam się nie za dobrze. Przypomniałam sobie, że zawsze chociażby w ostatniej chwili, dochodzę do potrzebnych wniosków i czuwa coś nade mną. Gdy tylko naprawdę chcę się czegoś dowiedzieć, pojawia się to w jakiejś formie nie budzącej wątpliwości. Co innego, gdy w danej chwili dana wiedza miałaby obciążyć mnie za bardzo. Wtedy unikam pytania i odpowiadania sobie na cokolwiek. Może to tchórzostwo, a może tak właśnie ma być. Dla równowagi. Bo czasem pełnia wiedzy w nieodpowiedniej chwili może bardziej zaszkodzić niż jej brak. Czasem potrzebne są złudzenia.
Tak wiele dzisiaj zrozumiałam. I to wszystko dzięki rozpaczliwemu poszukiwaniu sposobu na opanowanie strachu! Wszystko to jak po nitce do kłębka zaprowadziło mnie do rozwiązań. Czuję się lepiej niż wczoraj. Odzyskałam wiarę w swą moc i w sens tego co robię, w co wierzę, jaką drogą podążam. Wiem, że wszystko powoli układa się jak układanka. Że poza moją wolą jest jeszcze jakiś porządek, który ma wpływ na to co się dzieje. I to ten porządek pragnie przywrócić pewne rzeczy na swe miejsce. Dlatego mogę czuć się bezpiecznie, bo nawet wtedy, gdy się nie staram, gdy nie mam motywacji ani siły, to działa gdzieś poza zasięgiem mojej świadomości i dzieje się- nawet jeśli aktywnie w tym nie uczestniczę.
Dlatego mogę spać spokojnie. Dobranoc
Okazało się, że da się opanować nawet największy lęk! Nawet taki, który paraliżuje i powoduje całkowite odrętwienie i niezdolność do logicznego myślenia!
Potem idąc tym tropem przypomniałam sobie o swojej mocy. Przypomniałam sobie pewien sen, w którym zostało mi coś przekazane. Przypomniałam sobie, że z tego korzystam i że to działa! I zrozumiałam, że to jest niesamowite, że to, co teraz dla mnie jest oczywiste, kiedyś nie było i że świadomość tą zyskałam w czasie snu. Potem przypomniałam sobie o innych metodach, o których wiem z książek i które również stosuję i również działają. I uświadomiłam sobie, że w gruncie rzeczy są tym samym, co metoda przekazana mi w trakcie snu. Różnią się jedynie szczegółami, ale sedno jest to samo. I to tak dobitnie dowodzi sensu tego wszystkiego!
Przypomniałam sobie przede wszystkim, że gdy pytam, otrzymuję odpowiedzi. Że to wszystko nie jest złudzeniem, a najprawdziwszą prawdą i nie wiem dlaczego miałabym jeszcze w cokolwiek wątpić! Że to że być może większość ludzi myśli w inny sposób, neguje to, co dla mnie jest oczywiste i żyje w innym świecie niż ja, wcale nie oznacza, że ja się mylę, a jedynie, że być może nie każdemu dane jest poznać to samo.
Przypomniałam sobie też, że należy robić to czego się boimy i że w ten sposób następuje rozwój. Przypomniałam sobie, że ja mimo obfitych dawek niecodziennej wiedzy jaka zjawia się w moim życiu pod różnymi postaciami, przez większość czasu byłam na odwrocie, starałam się uciekać zamiast iść naprzód, unikać zamiast stawać oko w oko z tym i owym i to dlatego właśnie mimo jasnych wskazówek jak żyć, nadal z nich nie skorzystałam w pełni i tkwię w dziwnym półśnie mimo, że wiem, co powinnam zrobić i dokąd iść. Zrozumiałam, że to właśnie strach jest tym, co mnie blokuje. I zrozumiałam, że skoro da się ten strach pokonać, to wystarczy to zrobić.
Zadałam sobie pytanie: dlaczego ja tego nie robię? Tego jeszcze akurat nie udało mi się zrozumieć. I myślę, że zrozumienie tego jest kluczowe. Bo jest to sprawa, którą widocznie muszę pojąć, nie mogę tego ominąć i pójść naprzód. Bo coś ważnego by mi wówczas umknęło. Lekcja nie została zakończona. Nie nauczyłam się wszystkiego. Nie zdałam jeszcze egzaminu. I dlatego ten strach mnie blokuje. Bo nie mogę pójść dalej nie uporawszy się z tą sferą życia. Nic nie dzieje się bez przyczyny ani bez celu. A więc i to dzieje się po coś. To, że mam z czymś problem coś oznacza. I skoro mam z tym problem to jest to ważne dla mojego życia i dla innych spraw, które mnie dotyczą. Uciekając przed ważną lekcją, nie da się bezbłędnie pokonać kolejnych szczebli. Coś będzie ściągać w dół. Nie o to chodzi, by coś zrobić szybko, by pozbyć się za wszelką cenę ciężaru, by ulżyć sobie i stać się lekkim tak szybko jak się da, ale o to by wyciągnąć naukę z doświadczeń, by utrwaliły się one na pożytek późniejszych wyzwań, by coś z sobą wniosły, a ustępując pozostawiły po sobie świadomość. Inaczej mógłby człowiek w nieskończoność popełniać te same błędy. Oczywiście to nie są błędy, a lekcje do odrobienia. Póki nie zostaną odrobione do końca, będą wracać pod różnymi postaciami.
Tak więc przypomniałam sobie, że nie jest ze mną tak źle, choć ostatnio czułam się nie za dobrze. Przypomniałam sobie, że zawsze chociażby w ostatniej chwili, dochodzę do potrzebnych wniosków i czuwa coś nade mną. Gdy tylko naprawdę chcę się czegoś dowiedzieć, pojawia się to w jakiejś formie nie budzącej wątpliwości. Co innego, gdy w danej chwili dana wiedza miałaby obciążyć mnie za bardzo. Wtedy unikam pytania i odpowiadania sobie na cokolwiek. Może to tchórzostwo, a może tak właśnie ma być. Dla równowagi. Bo czasem pełnia wiedzy w nieodpowiedniej chwili może bardziej zaszkodzić niż jej brak. Czasem potrzebne są złudzenia.
Tak wiele dzisiaj zrozumiałam. I to wszystko dzięki rozpaczliwemu poszukiwaniu sposobu na opanowanie strachu! Wszystko to jak po nitce do kłębka zaprowadziło mnie do rozwiązań. Czuję się lepiej niż wczoraj. Odzyskałam wiarę w swą moc i w sens tego co robię, w co wierzę, jaką drogą podążam. Wiem, że wszystko powoli układa się jak układanka. Że poza moją wolą jest jeszcze jakiś porządek, który ma wpływ na to co się dzieje. I to ten porządek pragnie przywrócić pewne rzeczy na swe miejsce. Dlatego mogę czuć się bezpiecznie, bo nawet wtedy, gdy się nie staram, gdy nie mam motywacji ani siły, to działa gdzieś poza zasięgiem mojej świadomości i dzieje się- nawet jeśli aktywnie w tym nie uczestniczę.
Dlatego mogę spać spokojnie. Dobranoc
wtorek, 25 grudnia 2012
Poza blokadę lęku!
Moje ostatnie pięć lat czym było? Zastojem? Nie! Teraz to zrozumiałam! Wyjściem poza blokadę! Zrobieniem czegoś nietypowego! Czegoś czemu pozornie nie mogłam dać rady podołać! Czymś czego nie potrafiłam. Czego musiałam się nauczyć. Największym wyzwaniem życia.
Nie wierzyłam, że mogę podołać, nie czułam się w tej roli pewnie, czułam się źle, męczyłam się. Jednak nie uciekłam. Nie poddałam się. Nie poprosiłam o pomoc. Nie załamałam się. Spadałam, spadałam długo. Tak jak ktoś, kto nie wierzy, że potrafi. Jednak nie uderzyłam o dno. Ocknęłam się być może w ostatniej chwili. Zapragnęłam wznieść się. Zrozumiałam, że nie chcę już spadać. Że nie chcę być na dnie. A skoro nie chcę, to nie będę spadać. Zmobilizowałam wszystkie siły. Trwało to długo. Długo nie wierzyłam, że się uda. Długo próbowałam się podnieść. Próbowałam, aż te próby przerodziły się w jednostajny ruch ku górze. Teraz nie da się nawet porównać tego, co było, z tym co jest. A ja mimo, że jeszcze nie mogę powiedzieć, że osiągnełam to czego pragnę, to mogę powiedzieć już, że jestem z siebie dumna!
I nie żałuję niczego. Ani tego, że podjęłam się tego wyzwania. Ani tego, że tak długo spadałam. Bo to był krok pod prąd, wbrew logice, pozornie bez sensu, poza blokadę lęku! Dzięki temu konstrukcja spod blokady wprawiła się w ruch i zaczęłam myśleć inaczej. Wszystkie elementy się wymieszały, jak w pralce. Przez chwilę nawet mogło mi się zdawać, że zwariowałam, że nie jestem sobą, że nie wiem co się dzieje. Ale tak naprawdę dopiero teraz zaczynam być sobą! Bo pozwoliłam sobie zobaczyć, co stanie się gdy zrobię to czego nie potrafię, czego się boję i co pozornie jest niemożliwe!!!
Moje "zasiedzenie" i monotonia ostatnich pięciu lat, były tak naprawdę największym ekstremum mojego życia! Pokonałam to już prawie! I dziękuję Absolutowi, że nie pozwolił mi upaść na dno, że podał mi dłoń i pomógł wznieść się!!!!
"Things are not what they seem."
Nie wierzyłam, że mogę podołać, nie czułam się w tej roli pewnie, czułam się źle, męczyłam się. Jednak nie uciekłam. Nie poddałam się. Nie poprosiłam o pomoc. Nie załamałam się. Spadałam, spadałam długo. Tak jak ktoś, kto nie wierzy, że potrafi. Jednak nie uderzyłam o dno. Ocknęłam się być może w ostatniej chwili. Zapragnęłam wznieść się. Zrozumiałam, że nie chcę już spadać. Że nie chcę być na dnie. A skoro nie chcę, to nie będę spadać. Zmobilizowałam wszystkie siły. Trwało to długo. Długo nie wierzyłam, że się uda. Długo próbowałam się podnieść. Próbowałam, aż te próby przerodziły się w jednostajny ruch ku górze. Teraz nie da się nawet porównać tego, co było, z tym co jest. A ja mimo, że jeszcze nie mogę powiedzieć, że osiągnełam to czego pragnę, to mogę powiedzieć już, że jestem z siebie dumna!
I nie żałuję niczego. Ani tego, że podjęłam się tego wyzwania. Ani tego, że tak długo spadałam. Bo to był krok pod prąd, wbrew logice, pozornie bez sensu, poza blokadę lęku! Dzięki temu konstrukcja spod blokady wprawiła się w ruch i zaczęłam myśleć inaczej. Wszystkie elementy się wymieszały, jak w pralce. Przez chwilę nawet mogło mi się zdawać, że zwariowałam, że nie jestem sobą, że nie wiem co się dzieje. Ale tak naprawdę dopiero teraz zaczynam być sobą! Bo pozwoliłam sobie zobaczyć, co stanie się gdy zrobię to czego nie potrafię, czego się boję i co pozornie jest niemożliwe!!!
Moje "zasiedzenie" i monotonia ostatnich pięciu lat, były tak naprawdę największym ekstremum mojego życia! Pokonałam to już prawie! I dziękuję Absolutowi, że nie pozwolił mi upaść na dno, że podał mi dłoń i pomógł wznieść się!!!!
"Things are not what they seem."
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Refleksja o strachu
Strach ma różne twarze. Czasem przybiera formę paniki, czasem rozpaczy, a czasem jest uciekaniem od problemów. Często zastanawiam się nad istotą strachu, może dlatego, że sama wielu rzeczy się boję. Właściwie nie jest to takie oczywiste, bo mój strach też przybiera różne formy. Czasem chowa się pod pozorem uśmiechu, a czasem szczerzy kły. Od dziecka boję się wielu rzeczy, jednak ostatnio jest tych rzeczy coraz mniej. Odpływają powoli pozostawiając po sobie pustą przestrzeń. Przestrzeń na oddech.
Obserwuję też inne osoby. Każdy się czegoś boi, to oczywiste. Jednak niektórzy wolą tego sobie nie uświadamiać. Jest to pewnie naturalna reakcja obronna, strach przed strachem lub przed jego świadomością. Lepiej czuć się silnym, odważnym, panującym nad sytuacją niż uświadomić sobie, że tak naprawdę ta chęć kontroli nad wszystkim, chęć bycia silnym i niezwyciężonym wynika ze strachu, strachu tak głęboko zakorzenionego, gdzieś u podstaw, że łatwo go nie zauważyć. To co widać to cała gama pancerzy go skrywających. Pancerzy, które zdają się być osobowością. Lecz jest to osobowość powstała ze strachu.
U niektórych osób strach przybiera formę unikania, zamiast zmierzyć się z problemem, unikają spojrzenia mu w oczy. Ta forma strachu nie jest mi obca. Często unikam różnych rzeczy. Dzieje się to nawet nieświadomie, po prostu zapominam o tych rzeczach, automatycznie. Staram się pamiętać, jednak ulatują gdzieś daleko. W końcu lepiej, czegoś unikając, nie mieć świadomości, że się unika, a jedynie się zapomniało, po raz kolejny. Jest to co prawda męczące i odbiera poczucie kontroli nad sytuacją, jednak przynajmniej pozwala uniknąć poczucia winy z powodu unikania.
Tak naprawdę, gdy czegoś unikamy oznacza to, że się tego boimy. Może to nie być zwykły strach, ale jakiś nieuzasadniony, spowodowany jakimś złym wspomnieniem lub skojarzeniem. Można też uciekać od czegoś w coś innego lub ciągle zmieniać kierunek ucieczki, by zmylić umysł, by nie pojął, że uciekamy, a jedynie lub aż do czegoś "dążymy". Można też do niczego nie dążyć, nie określać się, nie określać celu, tylko płynąć w nieznane, dalej i dalej. Byle dalej od źródła lęku. Można nawet do swej ucieczki dorobić ideologię. By poczuć sens, by każdy krok dawał radość, by nie pojawiały się przebłyski lęku. Być w ruchu, nie zatrzymywać się, tylko pędzić. Bo bezruch sprawiłby, że na powierzchni umysłu pojawiłoby się to, co jest pod spodem. Zatrzymanie się grozi odzyskaniem świadomości, co jest czym i skąd wypływa. A przecież lepiej jest wierzyć w swą odwagę w podążaniu w nieznane, niż w paniczny lęk przed zmierzeniem się z samym sobą. Lepiej jest czuć się silnym i pełnym energii, niż pozwolić czemuś nieokreślonemu i dawno zakopanemu w piasku na przemienienie rzeczywistości w koszmar. Rzeczywistość jest jaka jest, to my nadajemy jej znaczenie, tworzymy ją i określamy w naszych umysłach.
Jednak czym jest w takim razie odwaga?
Odwaga to zdolność spojrzenia w oczy rzeczywistości, mimo strachu, mimo wszystkiego, co aż prosi się o wykonanie, byle tylko odepchnąć świadomość od źródła problemu. Odwaga to dokonanie wyboru pomiędzy ucieczką a zmierzeniem się z obiektem lęku. To uświadomienie sobie tego lęku w miejsce tłumienia go i maskowania najróżniejszymi formami aktywności. To krok w kierunku prawdziwego siebie sprzed wszelkich traum i wydarzeń, o których wolelibyśmy zapomnieć. To pozwolenie sobie na pełne odczucie strachu, na ukojenie go poprzez świadomość przyczyn i naszej rzeczywistej istoty, której tłumienie te przyczyny wywołało.
Obserwuję też inne osoby. Każdy się czegoś boi, to oczywiste. Jednak niektórzy wolą tego sobie nie uświadamiać. Jest to pewnie naturalna reakcja obronna, strach przed strachem lub przed jego świadomością. Lepiej czuć się silnym, odważnym, panującym nad sytuacją niż uświadomić sobie, że tak naprawdę ta chęć kontroli nad wszystkim, chęć bycia silnym i niezwyciężonym wynika ze strachu, strachu tak głęboko zakorzenionego, gdzieś u podstaw, że łatwo go nie zauważyć. To co widać to cała gama pancerzy go skrywających. Pancerzy, które zdają się być osobowością. Lecz jest to osobowość powstała ze strachu.
U niektórych osób strach przybiera formę unikania, zamiast zmierzyć się z problemem, unikają spojrzenia mu w oczy. Ta forma strachu nie jest mi obca. Często unikam różnych rzeczy. Dzieje się to nawet nieświadomie, po prostu zapominam o tych rzeczach, automatycznie. Staram się pamiętać, jednak ulatują gdzieś daleko. W końcu lepiej, czegoś unikając, nie mieć świadomości, że się unika, a jedynie się zapomniało, po raz kolejny. Jest to co prawda męczące i odbiera poczucie kontroli nad sytuacją, jednak przynajmniej pozwala uniknąć poczucia winy z powodu unikania.
Tak naprawdę, gdy czegoś unikamy oznacza to, że się tego boimy. Może to nie być zwykły strach, ale jakiś nieuzasadniony, spowodowany jakimś złym wspomnieniem lub skojarzeniem. Można też uciekać od czegoś w coś innego lub ciągle zmieniać kierunek ucieczki, by zmylić umysł, by nie pojął, że uciekamy, a jedynie lub aż do czegoś "dążymy". Można też do niczego nie dążyć, nie określać się, nie określać celu, tylko płynąć w nieznane, dalej i dalej. Byle dalej od źródła lęku. Można nawet do swej ucieczki dorobić ideologię. By poczuć sens, by każdy krok dawał radość, by nie pojawiały się przebłyski lęku. Być w ruchu, nie zatrzymywać się, tylko pędzić. Bo bezruch sprawiłby, że na powierzchni umysłu pojawiłoby się to, co jest pod spodem. Zatrzymanie się grozi odzyskaniem świadomości, co jest czym i skąd wypływa. A przecież lepiej jest wierzyć w swą odwagę w podążaniu w nieznane, niż w paniczny lęk przed zmierzeniem się z samym sobą. Lepiej jest czuć się silnym i pełnym energii, niż pozwolić czemuś nieokreślonemu i dawno zakopanemu w piasku na przemienienie rzeczywistości w koszmar. Rzeczywistość jest jaka jest, to my nadajemy jej znaczenie, tworzymy ją i określamy w naszych umysłach.
Jednak czym jest w takim razie odwaga?
Odwaga to zdolność spojrzenia w oczy rzeczywistości, mimo strachu, mimo wszystkiego, co aż prosi się o wykonanie, byle tylko odepchnąć świadomość od źródła problemu. Odwaga to dokonanie wyboru pomiędzy ucieczką a zmierzeniem się z obiektem lęku. To uświadomienie sobie tego lęku w miejsce tłumienia go i maskowania najróżniejszymi formami aktywności. To krok w kierunku prawdziwego siebie sprzed wszelkich traum i wydarzeń, o których wolelibyśmy zapomnieć. To pozwolenie sobie na pełne odczucie strachu, na ukojenie go poprzez świadomość przyczyn i naszej rzeczywistej istoty, której tłumienie te przyczyny wywołało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)