Próbuję dojść do jakiegoś miejsca. Wcześniej już tam byłam. Idę przez miasto. Nie wiem, co to za miasto. Miasto, które znam.
Chcę komuś pokazać tamto miejsce. Jest blisko. Wystarczy przejść kilka ulic. Jestem pewna, że pamiętam drogę.
Ulice mają w sobie coś magicznego. Jest wieczór, ciemno i kolorowo. Intensywne kolory przytłumione przez ciemność miasta, rozświetlone miejscami światłem latarni.
Wilgotno, jakby po deszczu. Wszystko świeci, a jednocześnie jest lekko przybrudzone, a może to tylko złudzenie?
Pamiętam dużą twarz Clowna. Może budynek w tym kształcie, może jakaś ozboda wielkości budynku. Ogromna, biała twarz, szeroki uśmiech. Raczej makabryczny niż radosny. Wszystko jest do tego podobne. Nie, nie do Clowna. Wszystko ma podobny charakter, nutę makabryczności i intensywne barwy przybrudzone przez ciemność miasta. Fascynuje mnie to. Droga ciekawsza jest niż cel. Może dlatego tak się dłuży? A może celowo idę innymi drogami, by więcej zobaczyć i przeżyć po drodze? Może nie chcę dojść do celu? Może chcę pokazać mojemu towarzyszowi drogę, a nie to, co znajduje się u jej kresu? Może cel jest pretekstem?
No tak, przecież ludzie wolą do czegoś dążyć, czegoś konkretnego. Gdy powiesz: "chodź, pokażę ci coś!" pójdą za Tobą, jednak, gdy zaprosisz ich do chodzenia bez celu, niekoniecznie.
Ja jednak naprawdę chciałam coś pokazać. Coś. Nie wiem, co to było. To też ciekawe. Że pamiętam drogę, a nie cel, o którym myślałam cały czas.
Wchodzę do jakiejś kawiarni. Żółte światło. Lekko przytłumione. Idziemy dalej. Jakiś park otaczający miasto. Mokra trawa. W ciemności trudno znaleźć drogę. Ogrodzenie.
Przeszkody na drodze. Nie tak łatwo dojść do celu. Właściwie im dalej tym trudniej. Im dalej tym ciemniej i bardziej mokro. Okazuje się, że droga wcale nie jest krótka. Ale chwila, jeszcze tylko chwila! Już za rogiem! Na pewno. Pamiętam to było przecież tutaj! Weszłyśmy do jakiegoś budynku.
Tak, teraz pamiętam osoba, której chciałam coś pokazać była kobietą.
Jakieś muzeum. Pełno wielkich drzwi. Kolejne komnaty do przejścia. Dużo kolorów.
Korytarze. Duszno. Nie lubię miejsc z niskim sufitem. Wąski korytarz. Częsty motyw z moich snów. Korytarz zakręca w lewo. Nagle znajdujemy się w mieszkaniu jakiejś rodziny. Rodzina siedzi przed telewizorem. Mama, tata i kilkoro dzieci. Duża rodzina, wielodzietna. Wszyscy wpatrzeni w ekran. Jak to? Już wcześniej tędy przechodziłam! Nie było tu mieszkania. Był tylko korytarz i drzwi prowadzące na zewnątrz! Widzę. Są drzwi. Widocznie, ktoś w międzyczasie tu zamieszkał. Zorganizował przestrzeń tworząc z niej mieszkanie. Możliwe. Proszę ojca rodziny o pozwolenie na przejście. Nie chcą się zgodzić. Są oburzeni, że wtargnęłyśmy tak po prostu do ich mieszkania. Nie poddaję się. Jest ze mną też córka. Pokazuję ją. Jest z nami dziecko! Nie dacie przejść dziecku? Następuje konsternacja. No dobrze. Skoro jest dziecko. Możecie przejść. Przechodzimy. Ja i córka.
Uff udało się. Drzwi się zamykają.
I przypominam sobie, że zostawiłam za drzwiami osobę, która ze mną szła! Zapomniałam o niej. Po prostu. Już jej nie przepuszczą. A przecież to jej chciałam coś pokazać. A teraz zapomniałam, że idzie ze mną. Idziemy dalej. Skoro już tyle przeszłam, to trzeba odnaleźć drogę. Chociażby po to, aby wiedzieć gdzie jesteśmy. Aby móc wrócić do domu. Sens został zgubiony w korytarzach. Już nie chcę nikomu nic pokazywać. Głowa Clowna. Przed nami wielkie, ogromne tory kolejowe. Błoto. Przeszkoda niemożliwa do przejścia. Jadą wielkie lokomotywy parowe. Czarne, błyszczące, z bordowymi akcentami. Potężne koła. Czuję bezsilność- utknęłam. Wszystko jest piekne i przerażające.
Tam za skrzyżowaniem jest miejsce, którego szukam! Ale najpierw trzeba przejść tory! Nie da się! Nie da!
Co się z nią stanie? Została w korytarzu. Przeze mnie. Może zjedzą ją żywcem? A może zakmną w dusznym pomieszczeniu? Nie mogę tam wrócić. Nie mogę iśc naprzód.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 czerwca 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Strumyk
Stoję. Zbliżam się do strumyka. Jest wąski. Obrośnięty trawą. Płytki. Płynie z prawa na lewo. Obładowany różnymi rzeczami
porozrzucanymi dookoła. Chcę przejść na drugą stronę. Przekroczyć go jednym
krokiem. Jest to możliwe, bo jest wąski. Wiem, że po drugiej stronie jest moja
strona. Że tu jestem nie wiadomo dlaczego. Chcę wrócić na tamtą stronę. Trochę
boję się, że się poślizgnę. Coś wpada mi do strumyka i odpływa. Drażni mnie to,
że tyle rzeczy tam jest. Rozpraszają mnie i zatrzymują. Sprawiają, że skupiam
na nich uwagę zamiast zrobić krok. Najpierw może powinnam je uprzątnąć? Aby się
nie poślizgnąć? Aby nic ważnego nie wpadło mi do strumyka. A może zbyt dużą
uwagę skupiam na szczegółach? Może powinnam zrobić krok nie zważając na to co
zostawię za sobą, na to co odpłynie i na to co zostanie? Wracając na swoją stronę, może nie będą mi
już potrzebne te rzeczy? Może to tylko pretekst by nie robić kroku?
Nagromadziłam je wszystkie, by sobie utrudnić powrót? Teraz leżą i czekają aż ktoś
je zabierze. Może to symbol mojego lęku? Może ten chaos, którym się otaczam to
wyraz lęku? Unieruchamiam się, gubię we wszystkim celowo, by nie robić
odważnych, zdecydowanych i jasnych kroków. Kroków, które prowadzą w konkretne
miejsce. Chaos sprawia, że trudniej mi wybrać, że jestem pomieszana, że różne
części różnych spraw absorbują mnie jednocześnie. Powstają sprzeczności. Robiąc
krok przeczę niektórym podjętym decyzjom. Coś się spełnia a coś psuje. Bo jest
chaos. Nie ma harmonii w tym, co się dzieje i co nagromadziłam. Wszystko działo
się chaotycznie. Nie wybierałam a przyjmowałam co przyszło. Nie pozbywałam się
niczego, bo może się przyda? Wszystko sobie leży i sprawia, że trudniej zrobić
krok. Trzeba pozbyć się wszystkiego za jednym ruchem lub po prostu przeskoczyć
wszystko nie zwracając na to uwagi ani się nie oglądając za siebie.
Strumyk był wąski wystarczył jeden mały krok, a jednak
stałam w miejscu i nie mogłam się zdecydować. To proste. Wystarczy
jeden mały krok. I nic złego się nie stanie. Ale ja boję się, że się poślizgnę,
że coś zgubię, że coś przeoczę. I tak stoję z nogą lekko uniesioną, przekonana,
że jestem w trakcie przekraczania strumyka,
cały czas w trakcie… A przecież to tylko jeden mały krok. Po co tracić na
niego tyle czasu? Strach sprawia, że ta chwila trwa wiecznie. I że w moim
umyśle, cały czas jest „tym momentem”, gdy właśnie coś zamierzam zrobić.
Tyle pięknych rzeczy mogłoby się wydarzyć, a nie dzieje
się, bo ja stoję z nogą w powietrzu! Ile można?
niedziela, 28 lipca 2013
Ucieczka z obozu
Przyśnił mi się strach. Okropny, paraliżujący, taki, że gdy się zbudziłam bolały mnie krzyże i brzuch z napięcia. Strach wynikający z osaczenia, otaczającego zła. Konieczności podporządkowania sie mu, udawania, by nie rozzłościć. Zastanawiania się co jaki efekt wywoła, czy można uciec, czy się uda, czy zostanę złapana, zauważona. W końcu zdecydowałam się uciec, ale robiłam to udając, że nie uciekam. Po drodze starałam się zyskać stronników. Osoby, które mi pomogą, wesprą. Bo sama bałam się. Wszędzie byli żołnierze. W końcu spotkałam jakąś dziewczynę, która też chciała uciec. Zaczęłyśmy razem uciekać. Wybiegłyśmy na świat. Tam, "za bramą", "w świecie", wszystko wydawało się takie normalne, takie wolne, radosne. Mimo, ze trwała wojna, różnica była duża. Każdy zachowywał się swobodnie. Ludzie śmiali się, jeździły samochody, taksówki. Nikogo nie dziwiło, że idziemy swobodnie po ulicy lub nawet biegniemy. Nikt nie zwracał uwagi na nasze przerażone jeszcze twarze. Bo tam była strefa wolności. Były tam kolory.
W obozie wszystko było zorganizowane, każdy wykonywał swoją pracę w napięciu. Każdy bał się pokazać prawdziwe emocje, wyrazić swój prawdziwy punkt widzenia, obawiając się, że ktoś doniesie, że w jakiś sposób dojdzie to do "góry". I że spotka go kara. A kary były tam bezwzględne. Nie można było nawet wiedzieć za co mogą spotkać, bo teoretycznie wszystko mogło wydać się zdradą lub jej usiłowaniem lub kłamstwem lub nielojalnością. Tylko pełna lojalność była gwarancją bezpieczeństwa. Choć gwarancji nie było. Cały czas napięcie i zastanawianie się, co może wywołać jaką reakcję. Kiedy nastąpi koniec. Kto pomoże? Czy ktoś pomoże? Już szybki krok był podejrzany. Dlaczego w ogóle idziesz? Przecież powinnaś siedzieć w klatce! Tam przynajmniej wiadomo, że jesteś "bezpieczna", w sensie "nie ma ryzyka, że zrobisz coś karygodnego".
Na zewnątrz były zwyczajne taksówki. Symbol wolności - wsiadasz i jedziesz dokąd chcesz. Kilka z nich było czarnych, eleganckich, lśniących w świetle latarni - te należały do oprawcy. Trzeba było je ominąć. Inne, mniejsze, bardziej sportowe, białe, nieraz przeładowane. Tu było życie. Wsiadłyśmy do jednej całkowicie przeładowanej, gdzie siedziało kilku mężczyzn. Była obawa, ale w końcu wszystko jest lepsze od więzienia. Tu przynajmniej nikt nas nie zabije za brak lojalności. Wolą śmiać się i bawić. Po co zawracać sobie głowę zabijaniem, po co cokolwiek egzekwować? Czasem trzeba przenieść się z deszczu pod rynnę. Bo rynna to nie deszcz. Zmiana perspektywy i świadomość, że odważyło się dokonać zmiany, że się udało.
W obozie wszystko było zorganizowane, każdy wykonywał swoją pracę w napięciu. Każdy bał się pokazać prawdziwe emocje, wyrazić swój prawdziwy punkt widzenia, obawiając się, że ktoś doniesie, że w jakiś sposób dojdzie to do "góry". I że spotka go kara. A kary były tam bezwzględne. Nie można było nawet wiedzieć za co mogą spotkać, bo teoretycznie wszystko mogło wydać się zdradą lub jej usiłowaniem lub kłamstwem lub nielojalnością. Tylko pełna lojalność była gwarancją bezpieczeństwa. Choć gwarancji nie było. Cały czas napięcie i zastanawianie się, co może wywołać jaką reakcję. Kiedy nastąpi koniec. Kto pomoże? Czy ktoś pomoże? Już szybki krok był podejrzany. Dlaczego w ogóle idziesz? Przecież powinnaś siedzieć w klatce! Tam przynajmniej wiadomo, że jesteś "bezpieczna", w sensie "nie ma ryzyka, że zrobisz coś karygodnego".
Na zewnątrz były zwyczajne taksówki. Symbol wolności - wsiadasz i jedziesz dokąd chcesz. Kilka z nich było czarnych, eleganckich, lśniących w świetle latarni - te należały do oprawcy. Trzeba było je ominąć. Inne, mniejsze, bardziej sportowe, białe, nieraz przeładowane. Tu było życie. Wsiadłyśmy do jednej całkowicie przeładowanej, gdzie siedziało kilku mężczyzn. Była obawa, ale w końcu wszystko jest lepsze od więzienia. Tu przynajmniej nikt nas nie zabije za brak lojalności. Wolą śmiać się i bawić. Po co zawracać sobie głowę zabijaniem, po co cokolwiek egzekwować? Czasem trzeba przenieść się z deszczu pod rynnę. Bo rynna to nie deszcz. Zmiana perspektywy i świadomość, że odważyło się dokonać zmiany, że się udało.
poniedziałek, 4 marca 2013
Obudziłam się znowu nie wiedząc co się dzieje, gdzie jestem, jaki to fragment czasu spośród nieskończoności chwil. Jakby sen trwał wieki, jakby przebudzenie nastąpiło przez przypadek, niezaplanowane - nie miałam się wcale obudzić, jednak obudziłam się.
Rzut oka na boki. Czy to już było? Czy tamto dopiero ma nastąpić? Czy nic się nie zagubiło, nie przeoczyło, nie przespało?
Całkowite pomieszanie.
Chcę spać.
Sen to taki bezpieczny stan. Wszystko dzieje się na niby choć naprawdę. Wszystko może się zdarzyć, może się nie zdarzyć, może zostać wymazane poprzez zwykłe przebudzenie. Miękko i błogo, ciepło i bezpiecznie. Pośród labiryntu z ptasich piór i kwiatów je powlekających. Wtulona w marzenia, zawieszona pomiędzy światami płynę.
Po przebudzeniu wszystko jest nieswoje. Wszystko patrzy na mnie ze zdziwieniem. Skąd się tu wzięłam? Jak udało mi się dostać do tego świata? Co to za świat?
Wyraźnie obca jestem, każdy kąt, każdy przedmiot to mówi. Przyglądam się w myślach sprawom różnym ziemskim - same absurdy! Musiałam wpaść tu przez przypadek. Coś ściągnęło mnie na ziemię.
C o t o j e s t ?
Odzyskuję poczucie tu i teraz. Jedna noga powoli przestępuje ziemski próg. Jestem tu.
Dzień następny
Jakiś dziwny, nocny świat pochłania mnie od kilku dni. Zasypiam i przenoszę się Tam. Nie mogę wypocząć, bo cały czas c o ś s i ę d z i e j e! Żyję po drugiej stronie. Gdy się budzę niewiele pamiętam. Pozostaje tylko stan ducha, dający szkic wydarzeń jakie miały miejsce. Ale jest to szkic mówiący jedynie, że coś miało miejsce. Nie da się stwierdzić co to było.
Budzę się zmęczona, spocona, z walącym sercem - jakbym dopiero co biegła, albo może uciekała przed czymś, na co mógłby wskazywać niepokój, który odczuwam.
Czasem budzę się w środku nocy z przeświadczeniem, że muszę zapamiętać to, co przed chwilą było mi dane doświadczyć. Przypominam sobie, ale to tylko przebłysk - po chwili wszystko się rozmywa. Do rana nie pozostaje nic.
Widocznie t a k m u s i b y ć.
Jakiś proces odbywa się za zasłoną. Jakaś przemiana. Dokądś zmierza moja dusza. Gromadzi doświadczenia, od których być może po tej stronie uciekła? A może to jakieś brakujące elementy? Coś, co należy skompletować, aby wydarzyć mogło się coś. Uzupełnianie dziur. Zapełnianie pustych stron przypadkiem niezapisanych przez los. A może przywracanie pamięci?
Kolejny dzień
Idę spać. Do zobaczenia po drugiej stronie. Może tym razem wrócę k o m p l e t n a.
Rzut oka na boki. Czy to już było? Czy tamto dopiero ma nastąpić? Czy nic się nie zagubiło, nie przeoczyło, nie przespało?
Całkowite pomieszanie.
Chcę spać.
Sen to taki bezpieczny stan. Wszystko dzieje się na niby choć naprawdę. Wszystko może się zdarzyć, może się nie zdarzyć, może zostać wymazane poprzez zwykłe przebudzenie. Miękko i błogo, ciepło i bezpiecznie. Pośród labiryntu z ptasich piór i kwiatów je powlekających. Wtulona w marzenia, zawieszona pomiędzy światami płynę.
Po przebudzeniu wszystko jest nieswoje. Wszystko patrzy na mnie ze zdziwieniem. Skąd się tu wzięłam? Jak udało mi się dostać do tego świata? Co to za świat?
Wyraźnie obca jestem, każdy kąt, każdy przedmiot to mówi. Przyglądam się w myślach sprawom różnym ziemskim - same absurdy! Musiałam wpaść tu przez przypadek. Coś ściągnęło mnie na ziemię.
C o t o j e s t ?
Odzyskuję poczucie tu i teraz. Jedna noga powoli przestępuje ziemski próg. Jestem tu.
Dzień następny
Jakiś dziwny, nocny świat pochłania mnie od kilku dni. Zasypiam i przenoszę się Tam. Nie mogę wypocząć, bo cały czas c o ś s i ę d z i e j e! Żyję po drugiej stronie. Gdy się budzę niewiele pamiętam. Pozostaje tylko stan ducha, dający szkic wydarzeń jakie miały miejsce. Ale jest to szkic mówiący jedynie, że coś miało miejsce. Nie da się stwierdzić co to było.
Budzę się zmęczona, spocona, z walącym sercem - jakbym dopiero co biegła, albo może uciekała przed czymś, na co mógłby wskazywać niepokój, który odczuwam.
Czasem budzę się w środku nocy z przeświadczeniem, że muszę zapamiętać to, co przed chwilą było mi dane doświadczyć. Przypominam sobie, ale to tylko przebłysk - po chwili wszystko się rozmywa. Do rana nie pozostaje nic.
Widocznie t a k m u s i b y ć.
Jakiś proces odbywa się za zasłoną. Jakaś przemiana. Dokądś zmierza moja dusza. Gromadzi doświadczenia, od których być może po tej stronie uciekła? A może to jakieś brakujące elementy? Coś, co należy skompletować, aby wydarzyć mogło się coś. Uzupełnianie dziur. Zapełnianie pustych stron przypadkiem niezapisanych przez los. A może przywracanie pamięci?
Kolejny dzień
Idę spać. Do zobaczenia po drugiej stronie. Może tym razem wrócę k o m p l e t n a.
środa, 1 lutego 2012
Sen o bieganiu.
Biegnę. Jestem w bardzo kolorowym miejscu. Szukam schronienia. Czuję pomieszanie strachu z niczym nieograniczonym poczuciem wolności, jakie towarzyszyć może tylko komuś, kto nie ma dokąd pójść, kto nie musi iść donikąd. Nie ma domu. Przyszłam tu po coś. A teraz, nie znalazłszy tego, szukam czegokolwiek, co nada sens tym krokom. Choć sens jest głęboki. We wszystkim. Zwłaszcza w tym podążaniu donikąd, w poszukiwaniu czegoś, bez celu konkretnego, w nieznane, z ciekawością, zachwytem podszytym lękiem, bo nowe, niepewne, czy znajdę dom? Jakaś kobieta chce udzielić mi schronienia. Właściwie też nie ma domu w "zwykłym" tego słowa znaczeniu. Ot mała słomiana chatka, w kolorze zielonym, wielkości jednego pokoju. Pośrodku tego dziwnego, kolorowego miejsca, pośród zgiełku czegoś wyglądającego na bazar, a może to chaos moich myśli? Chwila zastanowienia. Zatrzymuję się na moment. Lecz po chwili znowu biegnę. Nie wiem już czy przed czymś uciekam, czy dokądś zmierzam? Czy coś mnie goni, czy może przede mną ucieka? Cel się rozmył, lecz mi to nie przeszkadza. Mam w sobie pasję poszukiwacza. Chcę wiedzieć co znajdę za rogiem. W pobliżu jest morze. Słyszę je, a może czuję. Biegnę w kierunku przystani. Im bliżej tym ciemniej. Tym mniej kolorów. Nie wiem dlaczego. Nie zwracam na to uwagi. Nie zastanawiam się. Po prostu biegnę. Czuję rosnącą przewagę ciemności nad światłem. Kolory znikają. Nagle przede mną wyrasta jakiś osobnik. Skądś znany. Z niepamiętnej przeszłości. Ubrany w czerń, jak wszyscy dookoła, jak wszystko dookoła spowity w ciemność. Bez słów mówi do mnie, abym stąd odeszła, uciekła jak najdalej. Chce mnie ochronić, pomóc mi uciec. Twarz pooraną ma przez czas, a może to ślad po nożach, które teraz widzę w ilościach ogromnych wszędzie, gdzie spojrzę. Wielkie, błyszczące noże w ręku każdego z przechodniów. Zbliżają się do mnie. To miejsce jest pułapką. Mam wrażenie, że jeśli nie stanę się cienka jak nitka to nie uda mi się przebiec nie nadziawszy się na któryś z nich. Muszę jak najszybciej oddalić się od przystani! Ten człowiek jest jednym z nich, jednak idzie za mną i chroni mnie przed ostrzem noży. Udaje mi się oddalić od tego miejsca. Uff. Pozostaje sentyment do tego zła co mnie ocaliło.
Biegnę dalej.
Ponownie zatapiam się w Blasku Barw Nieznanego.
Co było dalej? Nie pamiętam.
Co będzie dalej? Zobaczymy.
Biegnę dalej.
Ponownie zatapiam się w Blasku Barw Nieznanego.
Co było dalej? Nie pamiętam.
Co będzie dalej? Zobaczymy.
niedziela, 25 grudnia 2011
(...)
Słyszę walenie w drzwi. W środku nocy. Bardzo głośne. Ktoś chce się dostać do środka. Chce być usłyszany. Chce wyrwać mnie ze snu. Budzę się. Boję się. Bardzo. Nie mogę się poruszyć. Coś sprawiło, że zastygłam. Zza zamkniętych drzwi pokoju słyszę odgłosy dobijania się do drzwi. Nie wiem czy słyszą to też inni mieszkańcy budynku. Muszą słyszeć, bo hałas jest donośny, a wokół panuje nocna cisza. Przerażająca cisza będąca tłem dla tego dziwnie nierzeczywistego walenia w drzwi. Chcę sprawdzić co się dzieje. Wiem, że nie powinnam sprawdzać. Odrętwienie w jakie wpadłam chroni mnie przed zrobieniem kroku w niewłaściwym kierunku, chroni mnie przed zrobieniem jakiegokolwiek kroku. Czuję, że drzwi dzielące mnie od przedpokoju są jakimś murem nie do przebicia. Może granicą między światami... Jeśli je otworzę, jeśli przejdę na drugą stronę, może wciągnie mnie jakiś wir, coś z czego nie da się wydostać? Coś co wielokrotnie widziałam w snach w dzieciństwie i co napawało mnie panicznym lękiem, czego nie udało mi się pojąc ani określić. Ta chwila zdaje się być nieskończonością. Stoję bez ruchu w ciemności pokoju, w ciemności strachu i walczę z tą siłą, która nie pozwala mi zbliżyć się do klamki.
Co to jest?
Ten dźwięk jest ciemnością duszy. Dochodzi z zaświatów. Coś próbuje się przedostać na tą stronę. Pamiętam z przeszłości podobne zdarzenia. Podobne w odczuciu, bo być może nie miały nic wspólnego ze sobą poza tym przerażeniem, tym poczuciem osaczenia, tym chłodem jakim powiewały w moją stronę. Muszę to wyrazić. Muszę to opisać. Czym jest to coś? Czy to zwykły lęk? Czy może jakiś twór niezależny?
Unoszę się w powietrzu. Tak myślałam. To jest mój wyznacznik rzeczywistości. Po tym poznaję czy to co się dzieje jest snem czy jawą. I tym razem to tylko sen. Więc niech się skończy. Nie chcę się bać. Już czułam się tak bezpiecznie chwilami. Zdawało się, że panuję nad poczuciem bezpieczeństwa, że nie dosięgną mnie już mary nocne. Unoszę się, ale nadal mam wątpliwość. Czy to sen? Wszystko jest na swoim miejscu przecież. Wszystkie elementy pokoju. Łóżko, kołdra, szafa. Drzwi. A ja unoszę się, potem znowu staję, siadam, kładę się. Potem unoszę się razem z kołdrą. Nie istnieje grawitacja. Nie czuję ciężaru. Wystarczy pomyśleć o lataniu by wznieść się. Boję się latania. Przeraża mnie. Bo jest znakiem. Moim prywatnym, umownym znakiem, po którym poznaję nierzeczywistość zdarzeń. Gdy chcę sprawdzić czy śnię, próbuję się wznieść. Czasem nawet jawa miesza się ze snem tak, że obudziwszy się w końcu dalej nie mam pewności gdzie jestem.
Obudzić się!
Niech to się skończy.
Walenie w drzwi. Budzi mnie w końcu. Staje się tak głośne, że budzę się. Otwieram oczy, lecz nic się nie zmienia. Jeszcze nie oddycham. Nie mogę się poruszyć. Hałas powoli słabnie. Jakby oddala się powoli. Sprawia wrażenie dźwięku jaki wydaje oddalający się pędzący pociąg. Jestem w łóżku. Wszystko jest na miejscu. Po chwili przypominam sobie z trudem, że należy oddychać. Biorę oddech. Nie wiem, czy nie oddychałam przez ten czas? Czy to możliwe? Oddech ten wydaje się być pierwszym, jakbym dopiero uczyła się oddychać. Powietrze wypełnia płuca ze zdziwieniem, wypełnia moje ciało. Odzyskuję zdolność ruchu. Dalej czuję paniczny strach. Boję się wstać. Jeszcze nie jestem na tym świecie. Widzę, oddycham, myślę, ale moja świadomość dalej wsłuchuje się w odgłos dudnienia zza drzwi. Umysł próbuje analizować, lecz na próżno. Logika jeszcze nie odzyskała znamion tego świata. Powoli stopniowo odchylam kołdrę. Wszystko jest wykrzywione, dziwne. Wstaję. Strach nadal mnie nie opuszcza. Nasłuchuję. Cisza. Jak to się dzieje, że jednocześnie słyszę ciszę, lecz dudnienie nie ustaje. Milczące dudnienie zza drzwi ze snu. Drzwi są na miejscu. Patrzę na drzwi. W ciemności ich barwa sprawia wrażenie otchłani bez dna. Co stanie się, gdy je otworzę? Co może się stać? Analizuję. Może ktoś naprawdę dobijał się do drzwi? I to wyrwało mnie ze snu? Przyprawiło o tak silny lęk? Walenie w drzwi w środku nocy może przecież przyprawić o lęk! Godzina 3.45.
Spokojna, nocna cisza. A w moim wnętrzu burza nie mogących ukoić się emocji. Muszę napić się wody. Nadal oddycham z trudem, nienaturalnie, jakbym nie miała jeszcze wprawy. Chwilami zapominam oddychać. Potem nadrabiam potężnie nienaturalnymi wdechami. Tak, muszę napić się wody. Rozejrzeć się po mieszkaniu. Zapalić światło. Sprawdzić wszystkie zakamarki. Posłuchać przy drzwiach. Otworzyć drzwi pokoju trzeba najpierw. Zbliżam się, otwieram. Jednym szybkim krokiem pokonuję odległość do łazienki by natychmiast zapalić światło. Jest jasno. Chronię się w łazience, by nabrać lepszej widoczności tego świata, by oddalić się od tamtych dźwięków i mroków. Wpadam do kuchni, wypijam wodę, zażywam tabletkę. Pozbyć się tego uczucia! Tłumaczę sobie, że na pewno nikt się nie dobijał. Podchodzę do drzwi, dotykam ich, są tam nienaruszone. Nic się nie stało. Dalej się boję. Zaczynam rozumieć. Jeśli to nie stąd dobiegał hałas... to znaczy, że dobiegał z innego świata. Dopiero teraz zaczynam to rozumieć. Ktoś lub coś chciało się tu dostać! Chciało bym otworzyła. Coś innego chroniło mnie przed poruszeniem się. Co stało by się gdybym wyszła z pokoju jeszcze zanim zorientowałam się, że śnię? Gdybym uwierzyła, że ktoś stoi za drzwiami i poszła sprawdzić? Gdybym się nie bała aż tak bardzo? To strach ochronił mnie przed działaniem! Czy strach jest moim sprzymierzeńcem?
Po dłuższej chwili spędzonej w łazience na analizowaniu, tłumaczeniu sobie, na walce ze strachem, postanawiam powrócić do łóżka. Strach nie opuszcza mnie, pozostawiam światło w łazience zapalone, aby zniechęcić mary ciemności do powrotu, aby pozostawić w świadomości namiastkę jasności. Jeszcze raz sprawdzam wszystkie zakamarki, dotykam drzwi. Wszystko jest na miejscu, nienaruszone. W porządku, na pewno w porządku, tłumaczę sobie. Otwieram drzwi pokoju, wchodzę do środka. Koło łóżka kładę telefon. Na wszelki wypadek.
Stop. Nie myśleć, nie analizować! Umysł musi zasnąć, wyłączyć się!
Już w przeszłości wielokrotnie miewałam to przeżycie, w różnych odmianach. Wspólny zawsze był ten niepojęty i niewyobrażalny strach, świadomość "czyjejś"obecności i latanie jako sposób na odróżnienie jawy od snu. Lecz tym razem, po raz pierwszy, tak głęboko zastanowiłam się nad tym, nad źródłem, tego "czegoś", pojęłam, lub wydaje mi się, że pojęłam, że to jest "coś" z pogranicza. To nie sen.
Co chce mi powiedzieć?
Po dłuższej chwili spędzonej w łazience na analizowaniu, tłumaczeniu sobie, na walce ze strachem, postanawiam powrócić do łóżka. Strach nie opuszcza mnie, pozostawiam światło w łazience zapalone, aby zniechęcić mary ciemności do powrotu, aby pozostawić w świadomości namiastkę jasności. Jeszcze raz sprawdzam wszystkie zakamarki, dotykam drzwi. Wszystko jest na miejscu, nienaruszone. W porządku, na pewno w porządku, tłumaczę sobie. Otwieram drzwi pokoju, wchodzę do środka. Koło łóżka kładę telefon. Na wszelki wypadek.
Stop. Nie myśleć, nie analizować! Umysł musi zasnąć, wyłączyć się!
Już w przeszłości wielokrotnie miewałam to przeżycie, w różnych odmianach. Wspólny zawsze był ten niepojęty i niewyobrażalny strach, świadomość "czyjejś"obecności i latanie jako sposób na odróżnienie jawy od snu. Lecz tym razem, po raz pierwszy, tak głęboko zastanowiłam się nad tym, nad źródłem, tego "czegoś", pojęłam, lub wydaje mi się, że pojęłam, że to jest "coś" z pogranicza. To nie sen.
Co chce mi powiedzieć?
sobota, 16 lipca 2011
Film Lyncha.
Miałam dzisiaj dziwny sen. Byłam w filmie Lyncha... Ale nie występowałam tylko tak jakbym weszła do filmu i on dział się, stał się moją rzeczywistością. Miałam tego świadomość, że to film i jednocześnie moje życie. Był to nowy film. Treść wyglądała mniej więcej tak:
Przyjechałam w jakieś nowe miejsce, do hotelu czy pensjonatu z grupą ludzi, których nie znałam. Pensjonat był duży, miał bardzo dużo pokoi. Już mi się kiedyś chyba śnił wcześniej. Ja wybrałam sobie pokój na piętrze, gdzie miałam zamieszkać sama. Większość grupy wybrała jednak coś w rodzaju dużej wspólnej sali znajdującej się na parterze, gdzie łóżka stały jedno obok drugiego. Prawdopodobnie planowali spędzić czas w bardziej rozrywkowy sposób niż ja. Zastanawiałam się przez chwilę czy nie zrobić podobnie, przyjrzałam się łóżkom na parterze, ale wybrałam jednak mieszkanie samotne. Mój pokój był raczej bliższy apartamentowi, miał przedpokój, duży salon. Nie zdążyłam obejrzeć go w całości. Nie pamiętam szczegółów po kolei, ale gdy wróciłam z dołu i weszłam do pokoju był w nim mężczyzna, sprzątający. Sprzątał pokój. Spojrzał na mnie nieznacznie, nie przerywając sprzątania. Nic nie powiedział. Poczułam, że przeszkadzam, więc wyszłam z pokoju. I mniej więcej wtedy skojarzyłam fakt, że przecież jest to film Lyncha! Więc niewątpliwie zdarzy się coś mówiąc delikatnie niesamowitego. Zaczęłam się bać. Nie miałam najmniejszej ochoty na przygody. Chciałam odpocząć w swoim pokoju, ale gdy zamknęłam za sobą drzwi zrozumiałam, że chyba nie będzie to łatwe. W międzyczasie ludzie w sali na dole zdążyli już się rozgościć na dobre, każdy zajął swoje łóżko. Nie widziałam ich więcej jednak istnieli w mojej świadomości jako "grupa z dołu".
I tu zaczyna się chaos. Dalszy ciąg pamiętam przez mgłę. Gdy wyszłam z pokoju nagle znalazłam się na zewnątrz, w jakimś odosobnionym miejscu, stałam przy drodze, jakbym czekała aż ktoś się zatrzyma by mnie dokądś podwieźć. Nagle zobaczyłam nadjeżdżający samochód. Zatrzymał się.
Tu sen staje się jeszcze bardziej zamazany. Wydaje mi się, że nie wsiadłam, ale nie wiem dlaczego. Czułam lęk. To pamiętam wyraźnie. Może był wynikiem świadomości, że to film Lyncha, a więc może zdarzyć się wszystko.Coś było z tym samochodem nie tak. Osoba w nim siedząca, była niewyraźna, lub słabo widoczna, a może nawet niewidoczna. Wiem tylko, że była kobietą.
Jakimś sposobem dostałam się lub może przeniosłam za pomocą myśli jak to w snach bywa do jakiegoś miejsca, małego budynku. Wyglądało to na punkt kontrolny lub jakąś budkę na odludziu. Było w niej wystarczająco miejsca dla dwóch osób. Był stół, na którym leżały stosy papierów. Dwa krzesła. Siedziałam tam na jednym z krzeseł. Na drugim siedziała kobieta, prawdopodobnie, ta która prowadziła samochód, ale nie jestem pewna. Nie pamiętam wyglądu, w ogóle nie widziałam twarzy. Ale wtedy siedząc tam miałam wrażenie, że w czymś mi pomaga, a przynajmniej chce pomóc. To były najbardziej niejasne fragmenty snu. Potem z powrotem znalazłam się w hotelu. Nie pamiętam niestety, ani jak się tam znalazłam, ani czy od razu, czy jeszcze się coś wydarzyło. Nie było to takie proste i cały czas towarzyszył mi lęk związany z niepewnością co się zaraz wydarzy. Wiedziałam, że akcja właśnie nabiera tempa. Wróciłam do hotelu i chciałam jak najszybciej znaleźć się w pokoju. Jednak nie mogłam go znaleźć.Wszystkie pokoje wyglądały podobnie, a ja nie pamiętałam numeru. Nie byłam nawet pewna, na którym piętrze znajduje się pokój. Jednak po chwili udało mi się pokój odnaleźć. Ale drzwi były zamknięte... Nie miałam klucza! Nie mogłam wejść do środka. Wpadłam w panikę. Nie miał mi kto pomóc. Nikogo w pobliżu nie było. Wszyscy prawdopodobnie zajęci byli sobą na parterze. Nikt nie wiedział, w którym pokoju mieszkam, gdzie jest mój klucz i kto i dlaczego zamknął drzwi.Poczułam, że teraz zaczyna się to, czego się obawiałam. Nie było ucieczki ani pomocy znikąd. I tu sen się urwał...
A ja pozostałam w kulminacyjnym momencie filmu. Co się wydarzy?
Przyjechałam w jakieś nowe miejsce, do hotelu czy pensjonatu z grupą ludzi, których nie znałam. Pensjonat był duży, miał bardzo dużo pokoi. Już mi się kiedyś chyba śnił wcześniej. Ja wybrałam sobie pokój na piętrze, gdzie miałam zamieszkać sama. Większość grupy wybrała jednak coś w rodzaju dużej wspólnej sali znajdującej się na parterze, gdzie łóżka stały jedno obok drugiego. Prawdopodobnie planowali spędzić czas w bardziej rozrywkowy sposób niż ja. Zastanawiałam się przez chwilę czy nie zrobić podobnie, przyjrzałam się łóżkom na parterze, ale wybrałam jednak mieszkanie samotne. Mój pokój był raczej bliższy apartamentowi, miał przedpokój, duży salon. Nie zdążyłam obejrzeć go w całości. Nie pamiętam szczegółów po kolei, ale gdy wróciłam z dołu i weszłam do pokoju był w nim mężczyzna, sprzątający. Sprzątał pokój. Spojrzał na mnie nieznacznie, nie przerywając sprzątania. Nic nie powiedział. Poczułam, że przeszkadzam, więc wyszłam z pokoju. I mniej więcej wtedy skojarzyłam fakt, że przecież jest to film Lyncha! Więc niewątpliwie zdarzy się coś mówiąc delikatnie niesamowitego. Zaczęłam się bać. Nie miałam najmniejszej ochoty na przygody. Chciałam odpocząć w swoim pokoju, ale gdy zamknęłam za sobą drzwi zrozumiałam, że chyba nie będzie to łatwe. W międzyczasie ludzie w sali na dole zdążyli już się rozgościć na dobre, każdy zajął swoje łóżko. Nie widziałam ich więcej jednak istnieli w mojej świadomości jako "grupa z dołu".
I tu zaczyna się chaos. Dalszy ciąg pamiętam przez mgłę. Gdy wyszłam z pokoju nagle znalazłam się na zewnątrz, w jakimś odosobnionym miejscu, stałam przy drodze, jakbym czekała aż ktoś się zatrzyma by mnie dokądś podwieźć. Nagle zobaczyłam nadjeżdżający samochód. Zatrzymał się.
Tu sen staje się jeszcze bardziej zamazany. Wydaje mi się, że nie wsiadłam, ale nie wiem dlaczego. Czułam lęk. To pamiętam wyraźnie. Może był wynikiem świadomości, że to film Lyncha, a więc może zdarzyć się wszystko.Coś było z tym samochodem nie tak. Osoba w nim siedząca, była niewyraźna, lub słabo widoczna, a może nawet niewidoczna. Wiem tylko, że była kobietą.
Jakimś sposobem dostałam się lub może przeniosłam za pomocą myśli jak to w snach bywa do jakiegoś miejsca, małego budynku. Wyglądało to na punkt kontrolny lub jakąś budkę na odludziu. Było w niej wystarczająco miejsca dla dwóch osób. Był stół, na którym leżały stosy papierów. Dwa krzesła. Siedziałam tam na jednym z krzeseł. Na drugim siedziała kobieta, prawdopodobnie, ta która prowadziła samochód, ale nie jestem pewna. Nie pamiętam wyglądu, w ogóle nie widziałam twarzy. Ale wtedy siedząc tam miałam wrażenie, że w czymś mi pomaga, a przynajmniej chce pomóc. To były najbardziej niejasne fragmenty snu. Potem z powrotem znalazłam się w hotelu. Nie pamiętam niestety, ani jak się tam znalazłam, ani czy od razu, czy jeszcze się coś wydarzyło. Nie było to takie proste i cały czas towarzyszył mi lęk związany z niepewnością co się zaraz wydarzy. Wiedziałam, że akcja właśnie nabiera tempa. Wróciłam do hotelu i chciałam jak najszybciej znaleźć się w pokoju. Jednak nie mogłam go znaleźć.Wszystkie pokoje wyglądały podobnie, a ja nie pamiętałam numeru. Nie byłam nawet pewna, na którym piętrze znajduje się pokój. Jednak po chwili udało mi się pokój odnaleźć. Ale drzwi były zamknięte... Nie miałam klucza! Nie mogłam wejść do środka. Wpadłam w panikę. Nie miał mi kto pomóc. Nikogo w pobliżu nie było. Wszyscy prawdopodobnie zajęci byli sobą na parterze. Nikt nie wiedział, w którym pokoju mieszkam, gdzie jest mój klucz i kto i dlaczego zamknął drzwi.Poczułam, że teraz zaczyna się to, czego się obawiałam. Nie było ucieczki ani pomocy znikąd. I tu sen się urwał...
A ja pozostałam w kulminacyjnym momencie filmu. Co się wydarzy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)