piątek, 12 lutego 2010

Wyciągam dłoń przed siebie, pustą, proszącą, trwającą cierpliwie w niewygodnej pozycji, w nadziei, że uchwyci choć raz kroplę niebiańską.
Susza.
Uschnięta dłoń, zamarznięta
sterczy wciąż bezczelna
nie potrafi wrócić na swoje miejsce
zapomniała gdzie jej miejsce
tkwi tak z nudów wetknięta w przestrzeń nie jej, nie twoją, niczyją
pomarszczona, zaschnięta na ścianie jak mucha zeszłoroczna.

środa, 10 lutego 2010

wtorek, 9 lutego 2010

***
Tego dnia, podczas gdy na zewnątrz drzewa walczyły z wichurą o utrzymanie pozycji pionowej, Mika postanowiła zmienić swoje życie.
To był impuls, nie planowała wcześniej tej decyzji, nie podejmowała żadnych kroków przygotowawczych ani nie czuła nawet tego niepokoju, który był obecny w niej zawsze wówczas gdy nieuchronnie zbliżała się sekunda określenia ostatecznie swoich zamiarów. Spojrzała na pustą, białą, odrapaną ścianę i wypowiedziała na głos dwa słowa skierowane do świata choć nikt poza nią ich nie słyszał: poradzę sobie!
Spontaniczność, którą się wykazała tym razem była czymś przyjemnym, dającym powód do dumy. Odczuła to natychmiast i od razu zapałała wiarą w swoją niczym nieograniczoną moc, zdolną do tego do czego ona sama nie była zdolna, a przynajmniej w to nie wierzyła. Tak naprawdę była osobą bardzo spontaniczną, wręcz przesadnie, jednak nie zdążyła tego zauważyć do tej pory. Lęki przesłaniały jej cały obraz świata, dlatego też spontaniczność uważała za ostatnią cechę o jaką można byłoby ją posądzić. Również otoczenie, od którego dopiero co udało jej się uwolnić, nie dostrzegło w niej tejże cechy. Ale otoczeniu można było to wybaczyć. W końcu ono wiekszości jej cech nie dostrzegało. Włąsciwie było całkowicie ślepe, a czasem i głuche. Pochłonięte codziennością, zatopione w egoizmie, zwykłe, banalne i natarczywe. Wciąż pragnące czegoś się od niej dowiedzieć, zawzięcie zadające pytania.
Kolor nocy na tym pustkowiu był ukojeniem.Na to liczyła. Teraz mogła odkryć prawdziwe swoje pragnienia, emocje, niczym nie skrępowane słowa, które ugrzęzły gdzieś głęboko przytłoczone przez strach. Bez lęku, że ktoś spyta dlaczego? Bez lęku, że wpadnie w niekończącą się lawinę uwag i niezadowolenia, że udusi się z niemocy wyduszenia z siebie choć jednego słowa. Teraz mogła bez lęku dotrzeć do siebie samej.Dojrzeć to czego nigdy nie zdołała dosięgnąć, bo zawsze na drodze jej zmysłów stawał znienawidzony hałas, przebrzydła woń, obślizgłe i napawające obrzydzeniem kształty i formy.
Tu wszystko było pierwotne. Wszystko jawiło się tym czym było na prawdę. Nie było miejsca na fałszywe barwy. Czerń była czernią, a czerwień czerwienią.

Jaką barwę ma wnętrze ciszy? Barwę ukojenia. Czy jest w niej coś jeszcze? Uśpiony czas.

Niepokój pojawił się z samego rana. Czy to znajome uczucie, to lęk czy przedsmak nieszczęścia? Coś miało się wydarzyć.Tak jakby drżenie przestrzeni zmieniło swój rytm. Tak jakby w eterze pojawił się jakiś obcy dzwięk, bądź pędząca z prędkością światła i nie znająca odległości emocja. Emocja , która musiała tu dotrzeć, bo nie była częścią tego znienawidzonego świata zewnętrznego a jedynie czymś co oderwało się kiedyś od niej samej, odfrunęło wraz z fragmentem świadomości i trwało przez te lata w niewiadomym wymiarze, w przestrzeni obcej dla jej percepcji.

sobota, 6 lutego 2010

**
Dzień był dość wietrzny, a to nie wpływało najlepiej na stan jej ducha. Wiedziała o tym więc postanowiła przestać myśleć o czymkolwiek przynajmniej do chwili aż ustanie wiatr.
Jednak ku jej rozczarowaniu on wcale nie miał zamiaru ustać. Wręcz przeciwnie stawał się coraz silniejszy i coraz bardziej uciążliwy dla jej jakże wątłych nerwów. Wiedziała już, że dzień nie skończy się dobrze, wiedziała, że nie czeka ją już nic miłego i powoli zaczynała wpadać w panikę.
Jaką barwę ma wzburzone morze? Barwę snu.Co czujesz gdy patrzysz na szalejącą toń morską? Obfitość.
Właściwie to było spełnienie jej marzenia jakie nosiła w sobie od dziecka. Zawsze chciała mieć morze blisko siebie. Bez niego czuła, że się dusi, że nie ma możliwości oddychać w pełni. Od dziecka marzyła o tym, aby móc wciągać do płuc woń morską z każdym oddechem. I teraz udało jej się to zrealizować. Z dala od zgiełku miasta, z dala od ludzi. Jedyny hałas jaki był wciąż obecny to ten kojący szum morza. Czuła się już dużo lepiej a przynajmniej starała się w to uwierzyć. Może nie dla siebie, na wszelki wypadek gdyby ktoś spytał. Jednak było mało prawdopodobne, że tu na odludziu, w tak pięknym i oddalonym od trosk życia codziennego miejscu ktoś spyta ją czy czuje się już lepiej. Gdyby znalazł się ktoś kto miałby zamiar zadać jej jakiekolwiek pytanie to raczej spytałby czy może skorzystać z telefonu lub gdzie jest najbliższy hotel. Jednak ona wciąż nosiła w sobie obawę przed pytaniami. Nadal robiło jej się zimno na myśl, że miała by być zmuszona do odpowiedzi.
Tak, ten okropny chłód jaki odczuwała był czymś niewyjaśnionym. Pojawiał się zawsze wtedy, gdy się bała. Poczynając od stóp wznosił się coraz wyżej ogarniając w końcu całe ciało.Właściwie nie wiedziała skąd się wziął ani co oznaczał. Czy w ogóle coś oznaczał? Może to normalne? Może każdy odczuwa chłód w chwili strachu?
Pamiętała jednak wyraznie dzień kiedy pojawił się po raz pierwszy. Wtedy odebrała to jako ostrzeżenie. Nie posłuchała go. Teraz zastanawiała się czy to był błąd. Czy jej nieodłączne i jakże uciążliwe, nieodstępujące jej na krok przeczucia są głosem rozsądku, serca a może podszeptem diabła?

czwartek, 4 lutego 2010

*
Mika po raz kolejny wyjrzała przez okno. Oparta o szybę trwała tak jakby miała zaraz stopić się z nią w jeden sopel lodu. Lub jakby chciała spłynąć po niej roztopiwszy się najpierw. Nikt nie nadchodził. Czy to możliwe? Przecież miała przeczucie! A przeczucia jej nigdy nie myliły. Znowu poczęły rodzić się wątpliwości. Znowu zachwiała się w posadach swej pewności jakże ulotnej i nieczęstej. W takich chwilach zawsze pojawiało się to samo odczucie podobne do snu, w którym zaczynamy mieć świadomość, że śnimy. Wrażenie, że nie nadążamy za wydarzeniami, że zamyśliliśmy się tak głęboko, że nic nie jest w stanie nas wyrwać z tego odrętwienia, nawet najsilniejszy podmuch wiatru. Zawsze gdy zjawiało się to odczucie, na nowo zaczynała mieć wątpliwości. Lub odwrotnie, gdy zaczynała wątpić w to co jeszcze przed chwilą wydawało się graniczyć z pewnością, wtedy pojawiało się to wrażenie. Nigdy nie zastanawiała się nad tym ani nie próbowała tego nazwać. Właściwie można powiedzieć, że nie była nawet tego świadoma. Po prostu zastygała nagle straciwszy zupełnie poczucie czasu.
Dzwięk dzwonka... nagle dobiegł z oddali. Tak wyrazny, że zerwała się jak rażona piorunem. Jednak wątpliwości wróciły. To na pewno złudzenie. Lecz nie! Po chwili znów rozległ się ten znienawidzony przez jej uszy hałas. Podeszła do drzwi, wyciągnęła dłoń w stronę przycisku i... obudziła się. Dlaczego sny zawsze pojawiają się w najmniej pożądanym momencie? Czy nie mogło jej się to przyśnić dzień wcześniej? Wtedy wszystko wyglądało by inaczej. Wtedy nie musiałaby marzyć o tym aby cofnąć czas.Wtedy być może nic by się nie zmieniło. Może nawet nie zauważyłaby.. Nie pojawiły by się wątpliwości.
Morze tego dnia było niespokojne. Fale rozbijały się o mrok niczym o skałę przybrzeżną. Nic nie było takie samo. Coś jednak pozostało. Wątpliwości.

Szarość skał… Tak bardzo lubiła się w nią wpatrywać. Trwać tak bez ruchu aż do oczu zaczną napływać łzy.. z przyczyny czysto mechanicznej, wywołane nie tak jak zwykle smutkiem, rozpaczą czy bólem istnienia tylko najzwyklejszym bólem oczu.Trwac tak, aż będzie musiała opuścić powieki i oddać się bezgranicznej ciemności. Tak, ciemność wpływała na nią niezwykle kojąco. W ciemności czuła się bezpiecznie. Jakby ktoś nagle otulił ją szalem ukojenia. Jakby ciemność sprawić miała, że wszystkie jakże realne i wciąż obecne niebezpieczeństwa odpłyną gdzieś skąd nie będą miały do niej dostępu. Wszystkie lęki zapadały wówczas w sen a jedyne co pozostawało to błoga cisza i brak jakichkolwiek bodzców.

Niestety zawsze nadchodziła ta okropna chwila kiedy należało otworzyć oczy i powrócić do świata. Wtedy wszystkie straszydła pojawiały się na nowo i z jeszcze większą siłą zaczynały panować nad jej życiem.Jakby chciały nadrobić tą chwilę błogości.

Tak na prawdę wcale nie lubiła szarego koloru. Wszystko co monotonne i bez wyrazu napawało ją wstrętem. Być może dlatego, że kojarzyło jej się ze smakiem potraw, którymi była karmiona w dzieciństwie, a może po prostu dlatego, że nie lubiła wszystkiego co nudne i powtarzające się. Jednak skały miały w sobie coś innego, coś co sprawiało, że ich barwa wcale nie była monotonna, choć nigdy się nie zmieniała. Coś powodowało, że za każdym razem kiedy się w nie wpatrywała widziała co innego. Tym razem było to wspomnienie pewnego wydarzenia z przeszłości. Zawsze dokonywała jakichś odkryć podczas owego wpatrywania się. Tym razem jednak nic nowego nie udało się jej ustalić. Może dlatego, że akurat to wydarzenie było dla niej całkowicie niejasne. Nie potrafiła pojąć ani w najmniejszym stopniu jego sensu ani celu.
Może gdyby nie ten wiatr? Może wówczas nie natrafiła by na tą jakże rozczarowującą pustkę na końcu myśli? Ale wiatr nic sobie nie robił z jej rozczarowania. On władał tą przestrzenią od zawsze a to ona była tu gościem. Nieproszonym.

środa, 3 lutego 2010

Zmęczenie przepełnia mnie coraz bardziej. Już nie wiem czy bardziej umęczone jest moje ciało czy dusza. Jak to się stało, że dotarłam w to właśnie miejsce poprzez gąszcz tysiąca korzystnych zbiegów okoliczności? Czy to cel mojej wędrówki?Czy może tylko etap na drodze do jakiejś odległej aczkolwiek czekającej mnie nagrody? Pragnę wyrazić to jak bardzo się zagubiłam ale... nie potrafię. Coś zawsze sprawia, że odnajduję wiarę, gdy już mam sięgnąć dna. Zastanawia mnie jednak czy to na prawdę jest wiara czy może udaję przed samą sobą? Bo to, że udaje przed światem jest oczywiste ale czy okłamuję także siebie? Może ta maska przylgnęła do mnie tak bardzo, że już sama nie pamiętam jak na prawdę wygląda moja twarz? Wiele pragnę wyrazić, wiele mętnych myśli krąży mi po głowie. Wiele elementów niejasnej i dla mnie zagadki rozproszyło się i zgubiło drogę do miejsca swego przeznaczenia. Czy ja nie potrafię dostrzegać rzeczywistości czy może widzę ją zbyt wyraznie.. zbyt wyraznie by moc zaakceptować. Nie wiem. Pragnę tylko zamknąć oczy i trwać tak w ciszy, zatopić się poprzez ciszę w nieskończoności, utracić świadomość, że istnieję..
Kolor nie mieści się w swej powłoce,wypływa na wierzch,rozrywa powierzchnie swą zbyt ciasną by mogła pomieścić całość barwy,wszelkie najjaskrawsze odcienie, całą obfitość i drażniacą oko agresywność mieniącego się wnętrza chaosu.
Granica nie istnieje.
Wszystko przybiera kształ bezmiaru, wypływa, wylewa się, zaburza ciągłość linii.
Zatapia myśli walczące o odrobinę spójności.
Samotna gałąz wyrasta ponad morze barw i tkwi bez ruchu niczym dłoń błagająca o litość.

Obserwatorzy